wtorek, 14 maja 2013

Warszawska zielona wyspa również ginie

Komunikacja miejska w Warszawie, obowiązujące ceny biletów i szykowane podwyżki są tematem drażliwym. Do tego stopnia, że w trakcie rozmowy telefonicznej ze mną, moja rodzicielka cisnęła słuchawką, nie dając mi dokończyć specyficznego, czarnego humoru, dotyczącego strajku związanego z biletami i stołeczną komunikacją. No cóż, coraz częściej łapię się na tym, że moje żarty zamiast bawić, bolą osoby znacznie starsze ode mnie, w tym rodzicielkę, a pewna odmiana humoru doprowadza do pasji, miast powodować śmiech. Nie pozostaje mi nic innego, jak przy następnym pobycie staruszki w stolicy zakwaterować ją w znanym mi hotelu, by nieco odpoczęła.

Przed stołecznym ratuszem pikietowali dziś pracownicy stołecznej komunikacji, w liczbie ok. tysiąca. Protestują przeciwko plamom Ratusza, który zamierza odebrać rodzinom pracowników komunikacji darmowy bilety. Ratusz tłumaczy to oszczędnościami, a na to nie zgadzają się kierowcy taboru i motorniczy tramwajów. Wedle ich racji to nie jest żaden przywilej, lecz część ich wynagrodzenia. Zarzucają Ratuszowi kolejną już próbą zerwania umowy pracowniczej, a na to zgody nie będzie. Ulgi przysługują pracownikom, emerytom i rencistom transportu miejskiego. Do bezpłatnych przejazdów mają również prawo małżonkowie, dzieci oraz teściowie pracowników. Według wyliczeń warszawskiego Ratusza, zniesienie przywilejów przyniesie 27 milionów złotych oszczędności. Ile oszczędności przyniesie pozbycie się z fotela prezydenta Warszawy Hanny Gronkiewicz- Waltz, oraz czerwona kartka dla PO w następnych wyborach samorządowych, Ratusz przezornie nie podał. Pytanie za sto punktów: jaki odsetek dziś protestujących głosował w ostatnich wyborach samorządowych na HGW i PO i dlaczego tak duży?

Ratusz tłumaczy, że oszczędności są konieczne. Bo budżet się nie domyka, bo deficyt, nad Warszawą wiszą odszkodowania za dekrety Bieruta. Urzędnicy twierdzą, że kierowcy i motorniczy nie mają powodów do narzekań, bo przy ich pensjach, sięgających 5 tys. zł brutto, inni siedzieliby cicho i nie protestowaliby. A protestujący twardo bronią prawa, wywalczonego przez poprzedników w 1932 roku. Zabawne: prawo to przetrwało czasy wojny, komunę, rządy solidarnościowe, dziś przyjdzie stawić mu czoła partii mieniącej się obywatelską. Protestujący są zdania, że są gotowi ponieść symboliczne koszty: bilety za złotówkę.

Bilet za złotówkę? A dlaczego nie? Tylko pod jednym, małym, ale istotnym warunkiem: niech złotówkę płacą wszyscy, bez żadnych wyjątków, czy to pan prezes ZTM, motorniczy, emeryt, student czy uczeń. To jedno z rozwiązań, jakie cisną się na usta. Partie, marzące o zwycięstwie w wyborach samorządowych powinny nakreślić w kampanii wyborczej długofalowy obraz miejskiej komunikacji, wyjaśnić mieszkańcom, jak zamierzają rozwiązać ten węzeł gordyjski, z którym nie radzi sobie HGW. Wygra ta partia, która nie naobiecuje więcej, lecz ta, która będzie konsekwentnie trzymała się, przez całą kadencję, swoich postulatów i dotrzyma obietnicy wyborczej, dotyczącej cen biletów. Argumenty pani prezydent i jej świty, że podwyżki biletów i cięcia kosztów są konieczne, nie trafiły na podatny grunt: jak to wygląda w starciu z wysokimi, nieuzasadnionymi premiami szefów miejskich, stołecznych spółek, w tym Tramwajów Miejskich. MZA czy Metra Czy aby nie oni skonsumują profity? W kwietniu Warszawska Wspólnota Samorządowa postawiła HGW ultimatum, by wycofała się z podwyżek cen biletów, oraz zaprzestała eksperymentów, polegających na likwidacji połączeń autobusowych.

 Do pracy mam spacerkiem 5 minut, nie muszę korzystać z miejskiej komunikacji, czy oczka w głowie HGW, rowerów Veturilo. Wszyscy, zmuszeni do korzystania z usług ZTM, udając się do pracy płacą: 3,40 zł za bilet dwudziestominutowy, 4,40 za bilet jednorazowy, 15 złotych bilet dobowy, 30 złotych bilet trzydniowy. By żyło się lepiej!

poniedziałek, 13 maja 2013

Sejm pilnuje kościelnych biznesów

Na początku maja otwarto w Gdańsku wystawę „The Human Body”. Można było obejrzeć tam spreparowane organy ludzkie, oraz kompletne ciała. Organizatorzy określili swoje dzieło podręcznikiem anatomii, nikogo do oglądania eksponatów nie zmuszali, nie bawili się w „obrońców życia”, eksponujących zdjęcia aportowanych płodów w miejscach publicznych. W Gdańsku odbywało się wszystko dyskretnie, nie na tyle jednak, by wystawa uszła uwadze radiomaryjnemu posłowi, Andrzejowi Jaworskiemu. Tak, tak, temu z PiS, zasiadającego w sejmowej komisji ds. przeciwdziałania ateizacji Polski. Wszak spreparowane ciała eksponować mogą jeśli nie Von Hagens, to ateiści! Poseł histeryzował, że wystawa narusza godność zmarłych. Nie zadał sobie trudu, by zapoznać się z wolą zmarłych, na co po śmierci przeznaczyli swe ciała. Nie każdy chce pochówku, by jego ciała stały się karmą dla robaków, nawet z katolickiej ziemi. Pozostają inne możliwości, ale tego ograniczony poseł nie wie, widać w mediach Rydzyka o tym milczą.

Nie zastanowiła mnie ta nagonka, chodziło o wywarcie dodatkowej presji na polityków, którzy zajmowali się projektem ustawy o pochówkach i cmentarzach. W ubiegły czwartek kluby sejmowe, poza SLD i Ruchem Palikota, opowiedziały się za odrzuceniem projektu zmian w ustawie o cmentarzach i chowaniu zmarłych. Najpoważniejsza zmiana, autorstwa SLD,  wiązała się z możliwością przechowywania w domu urny z prochami zmarłego. Na początku marca prawicowi politycy sejmowych komisji cyfryzacji i administracji, oraz samorządu terytorialnego postulowali o odrzuceniu proponowanych zmian. Posłowie kierowali się negatywną opinią do projektu, wystawioną przez… katolickiego biskupa, Wojciecha Polaka! Ta i tylko ta opinia była dla posłów najważniejsza, inne były nieistotne. Odrzucono projekt zmian mający na celu unowocześnić przepisy z 1959 roku, a które pozwoliłyby na pełną gwarancję wolności sumienia i wyznania w zakresie formy i sposobu pochówku. Posłowie argumentowali, że docierają do nich sygnały, że istnieje potrzeba doprecyzowania obowiązującego prawa oraz zlikwidowania istniejących niedomówień i luk prawnych w kwestii pochówków, oraz zwrócili uwagę na zmiany, jakie zaszły w mentalności i obyczajowości Polaków względem pochówku zmarłych. Podkreślano, że obowiązująca ustawa nie uwzględnia w szerszym zakresie form pochówki odmiennych od tradycyjnie chrześcijańskich.

Przeczytałem druk nr 1165, podpisany przez przewodniczącą komisji cyfryzacji, Julię Piterę, zastępcę przewodniczącego komisji samorządu terytorialnego i polityki regionalnej, Waldy Dzikowskiego i uśmiałem się do łez! Rozmodlone towarzystwo powołuje się na opinię Prezydium Sejmu, słowa nie ma o opinii wspomnianego katolickiego biskupa! Czyżby posłowie wstydzili się prawdziwego uzasadnienia swej opinii, czy też chcą ukryć przed Polakami fakt, kto wpływa na decyzje dotyczące światopoglądu? Wniosek o odrzucenie projektu posłów SLD zgłosił  poseł Tomasz Szymański z PO. Czym uzasadnił swoją decyzję? Otóż pan poseł oznajmił, że zasada demokratycznego państwa prawnego, wyrażona w art. 2 Konstytucji, wymaga zapewnienia pewnego poziomu ochrony prawnej zmarłych i należnego im szacunku, poza tym w Polsce funkcjonuje tradycja pochówku zmarłych, więc żadnych zmian nie będzie.Póki trwa prawicowa koalicja, chciałoby się dodać, która słucha poleceń biskupów. Od kiedy tradycja jest prawem, poseł już nie wyjaśnił.

Nie ma sensu oczekiwać zmian, póki Sejm zdominowany jest przez katoprawicę, a komisja cyfryzacji ma w swoich szeregach takie tuzy, jak  Elżbieta Kruk, Anna Sobecka, Artur, Górski, Przemysław Wipler czy Waldemar Pawlak, dla których polecenie biskupa jest prawem. Tacy posłowie będą dbali, by krzywda nie stała się Kościołowi, mają gdzieś potrzeby ateistów, bądź niepraktykujących katolików, pilnują, by ani jedna złotówka nie wymknęła się z rąk Kościoła, by zarabiał on na Polakach nawet po ich śmierci. Ile kosztuje pochówek, wykup miejsca na cmentarzu, a ile kosztuje kremacja zwłok i urna do przechowywania prochów? Tu nie o tradycję, lecz o pieniądze chodzi, wielki biznes cmentarny, z którego zyski czerpie kler!  Katoprawica dba, by nic nie zmieniło tego stanu rzeczy! Dziwnym trafem nie przeszkadza posłom bezczeszczenie zwłok zmarłych, tzw. świętych katolickich, których części ciała obnoszone są w procesjach, składowane w kościołach, wędrujące po parafiach, nawet szkołach. Ilekroć dochodzi do kwestii postulatów dotyczących światopoglądu, słyszę głosy, że PO musi liczyć się z głosami elektoratu konserwatywnego. Kiedy zacznie się liczyć z elektoratem liberalnym i resztą Polaków?

Jeśli masz czas i ochotę, kliknij i wypromuj. Dzięki!:)

piątek, 10 maja 2013

Kosztowne partie polityczne

Media pasjonują się 6 milionami, jakie mogły zostać wydane niezgodnie z przeznaczeniem przez ministerstwo sportu. Dziennikarze używają sobie, ile wlezie, ministra Joanna Mucha nie dysponuje umiejętnościami, które predestynowały by ją na stanowisko ministerialne, ładna buzia to za mało, przydałoby się też nico wiedzy i cięty język. Oczami wyobraźni widzę komentarze Stefana Niesiołowskiego, gdyby to on był szefem sportu. Byłoby wesoło!

Media poświecą nadchodzący weekend na te 6 milionów, jakby to była kolosalna suma. Owszem, to dużo, ale biorąc pod uwagę, ile się w Polsce marnotrawi publicznego grosza, to te 6 milionów są kroplą w morzu. Zniknął temat odpisu podatkowego na Kościół, symboliczna suma, jak określił 90 milionów złotych kard. Nycz, już nie jest tematem chwytliwym. Pan w sutannie każe, więc sługa dziennikarz- katolik musi, więc nie pisze. A już w ogóle cisza, kiedy chodzi o finansowanie partii politycznych z budżetu państwa! Najwidoczniej pismacy uznali, że płynące na konto partii budżetowe miliony są dowodem silnej demokracji i objawem sprawiedliwości społecznej. Podatnik nie ma nic do powiedzenia, nie pytano go, czy wyraża zgodę na dotacje z budżetu. Zdecydowali o tym sami posłowie. W dobie kryzysu, ograniczeń, cięć i namawiania do zaciskania pasa politycy są hojni, jeśli idzie o ich interesy. Rzut oka na stronę PKW : w 2012 roku, w ramach dotacji budżetowej, PO otrzymała 48 mln złotych, PiS otrzymało 47 milionów, PSL-15 mln., SLD-14,3 mln, Ruch Palikota-8,5 mln. Kwoty dla szarego Kowalskiego niewyobrażalne, dlatego też przemilcza się fakt, jak hojne jest państwo dla „wybrańców narodu”! Solidarna Polska, partia, której w przyszłym Sejmie na pewno nie będzie, postuluje, by zaprzestać dotowania partii politycznych budżetu. Kiedy politycy ugrupowania Ziobry należeli do PiS, nie brzydzili się subwencjami, dziś im one przeszkadzają. Janusz Palikot od dawna twierdzi, że subwencje należy zlikwidować, ale nie znajduje zrozumienia. On, przedsiębiorca, jego przedsiębiorczy posłowie ( kilku nie pobiera uposażeń poselskich), utrzymają siebie i partię, zrobią to też członkowie partii, pozostający poza parlamentem. Liderzy wielkich partii, takich jak PO i PiS, nie zgodzą się nigdy na całkowitą likwidację dotacji budżetowych, bo to oznaczałoby ich koniec. Ich i ich partii. Stąd pozorne ruchy, jak obcięcie dotacji o połowę, na czym straciły słabsze ugrupowania. 133 miliony złotych za jeden rok, 532 za 4 lata. Tyle kosztuje nas utrzymanie partii politycznych. Kosztowny balast, z którego większego pożytku nie ma!

Jestem jak najbardziej za tym, by dotacje poszły w siną dal. Pora, by zmienić sposób finansowania partii, niech liderzy i ich przydupasy zaczęły ruszać głową by pozyskiwać fundusze na działalność. Pozbawione dotacji partie będą podatne na korupcję? I kto to mówi, głownie katoliccy posłowie, mający gęby pełne frazesów o moralności katolickiej! Jeśli taka ich moralność, niech udadzą się po pieniądze do instytucji Kościoła katolickiego, który zyskał miliardy, głownie dzięki decyzjom rozmodlonych posłów. Swój swojego poratuje. Chociaż… w tym przypadku nie byłbym tak do końca pewien.

Jeśli masz czas i ochotę, kliknij i wypromuj. Dzięki!:)

 

środa, 8 maja 2013

Zbędna katecheza szkolna

Spotkał kłamca idiotę i... tak się narodziła religia.

Wprowadzenie kuchennymi drzwiami do szkół religii katolickiej było porażką odradzającej się Polski w starciu z Kościołem katolickim. To nie było nawet starcie, rząd polski skapitulował już na starcie, wywiesił białą flagę, by poddać się dyktatowi Kościoła. 

Hierarchowie, którym przewodził prymas Józef Glemp,  wykorzystali konflikt między prezydentem Lechem Wałęsą i premierem Tadeuszem Mazowieckim., nieudaną terapię szokową Balcerowicza, wiedzieli, jak spożytkować bogobojność faktyczną i udawaną polityków z rządu,  zaczęli więc narzucać swoje zdanie i wprowadzać swe rządy. Lewica nie protestowała, bo uwierzyła, że jej wolno mniej. Skłóceni Wałęsa i Mazowiecki nie potrafili dojść do porozumienia,  mediacji podjął się Kościół, nie za darmo oczywiście. Ceną miał być powrót religii do szkół, stopniowa klerykalizacja polskiej oświaty. Józef Glemp podkreślał, że za nauczanie religii katecheci nie będą pobierali zapłaty. Bardzo szybko okazało się, że były to puste, nie mające wiele wspólnego z prawdą, słowa. Biskupi rozkrzyczeli się, że katecheci mają te same obowiązki, ale i prawa, co nauczyciele matematyki, polskiego, czy biologii, więc mają prawo do pensji za swoją pracę. Dlaczego nauczyciela katechezy traktuje się jako ciało pedagogiczne, nauczyciela, skoro nie podlega on dyrektorowi szkoły? Jedynie biskup może mianować lub odwołać katechetę, jednak nie on płaci pensję. Od tego jest świecka szkoła neutralnego światopoglądowo państwa. I o pieniądze tu faktycznie chodzi: lekcje religii to kolejny sposób na wyprowadzenie pieniędzy z budżetu państwa. Niemałych, gdyż ostrożne szacunki mówią o 1mld. złotych rocznie. Kilka late temu protestował Józef Kloch, pomstując na Grzegorza Napieralskiego (pamięta go ktoś?), postulującego powrót katechezy do przykościelnych salek. Kloch łgał, że Napieralski chciał wyprowadzić religię z życia społecznego. Zabawne: rzecznik episkopatu ujawnił, że Kościół tych salek nie uważa już za miejsca życia społecznego… Również odwoływanie się przez Klocha do czasów PRL wzbudza śmiech politowania; gdy nie ma się argumentów straszy się komuną! Pan Kloch histeryzował, że nie jest sztuką szukać oszczędności w kieszeni katechetów. A kto zamierza ich zwalniać? Niech zarabiają nawet i trzy razy tyle, ale pensje niech płaci im Kościół! Krzyki prawicy i kleru, jakoby jakiekolwiek próby dysput nad celowością nauki religii w szkołach jest atakiem na Kościół, są kłamliwe i pozbawione sensu. Ich histeria to nic innego, jak obrona interesów Kościoła, bo interesu państwa w nauce religii nie ma absolutnie żadnego! Bez religii żyć można, ona nie jest niezbędna do życia, tymczasem od najmłodszych lat wbija się katechezowe brednie już dzieciom w przedszkolach. Następnie w szkole podstawowej, gimnazjum, szkole średnie towarzyszy młodzieży ogłupiająca "nauka".

Pisali przed laty biskupi, że powoli zacierają się wspomnienia dawnych lat przymusowej ateizacji i eliminowania z życia społecznego wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z Bogiem. Nie zauważyli, że dziś nie ma przymusu, zwolennicy świeckiego państwa nie mają nic wspólnego z minionym ustrojem, obca jest im ideologia komunizmu, że brzydzą się PRL-em i PZPR. Jakaż przymusowa ateizacja? Dobrowolna, po doświadczeniach i przemyśleniach, potrzeba pozbycia się religijnych kajdan jest przymusem? Mnie nie zastanawiają kłamstwa powielane przez kler i katoparwicę, jakoby katecheza była nośnikiem podstawowych i uniwersalnych wartości, wzbogacającym cały proces wychowawczy człowieka. Kłamstwem jest twierdzenie, że nauczanie religii w szkole niesie ze sobą istotne walory wychowawcze, że nie da się w pełni wychować człowieka bez uwzględnienia także jego sfery religijnej. O, tak, nie da się w pełni wychować posłusznego hierarchom człowieka bez religijnego, katechetycznego bełkotu, bez indoktrynacji od najmłodszych lat! Widać gołym okiem efekty katechezy, wystarczy rzut oka na stadiony, zadymy przy okazji lewicowych marszów w większych miastach, parad równości, zachowania zdewociałych polityków. Cóż pozytywnego z tej katechezy, finansowanej za publiczne pieniądze? Miejsca pracy dla pozostających poza kontrolą dyrektorów szkół katechetów? Bo na pewno nie służy do kształtowania wyłącznie pozytywnych postaw. Co wyniesie z katechezy młody człowiek, na której ksiądz bredzi, że kotki hello kitty są symbolem szatana, antykoncepcja to zło, a egzorcysta jest lekarzem?


Minister edukacji nie ma nic do powiedzenia w sprawie programu nauczania religii w szkołach, nie ma wpływu na treści, jakie są na zajęciach wykładane, co przyznała pani Szumilas. Państwo płaci katechetom, organizuje zajęcia, ponosi odpowiedzialność za żałosne efekty katechezy, dyrektorzy szkół łamią rozporządzenie ministra edukacji z 1992 roku w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach. A stanowi ono, że to nie uczniowie, którzy nie będą uczęszczali na religię, mają przynieść jakieś karteczki informujące o tym, lecz ci uczniowie, którzy wyrażają chęć uczestnictwa w zajęciach. To bezkarne łamanie prawa musi się skończyć!

Istnieje coś takiego, jak uchwała komisji wychowania katolickiego konferencji episkopatu Polski, z datą 9 czerwca 2010 roku. Jest to podstawa programowa katechezy Kościoła katolickiego w Polsce, pozbawiona jakiejkolwiek kontroli państa. Dokument odzwierciedla podział na trzyletnie okresy zgodne ze szkolnymi etapami edukacyjnymi oraz okresami rozwojowymi ucznia. Założeniami tematycznymi dla poszczególnych etapów są:

• w przedszkolu — wprowadzenie w życie religijne,

• w klasach I-III szkoły podstawowej - inicjacja w sakramenty pokuty

i pojednania oraz Eucharystii,

• w klasach IV-VI szkoły podstawowej - mistagogia,

• w klasach gimnazjum - prowadzenie do wyznania i rozumienia wiary oraz systematyczne wprowadzenie w historię zbawienia,

• w klasach szkół ponadgimnazjalnych - umożliwienie dawania świadectwa życia chrześcijańskiego.


Program realizuje dwa zakresy integralności treści katechetycznych:

szkołę podstawową oraz gimnazjum wraz ze szkołą ponadgimnazjalną.

Dla poszczególnych etapów edukacyjnych przyjęto następujące określenia:

• Przedszkole — Kochamy dobrego Boga;

• Klasy I-III - W drodze do Wieczernika;

10 Wprowadzenie

• Klasy IV-VI - Poznaję Boga i w Niego wierzę;

• Gimnazjum - Pójść za Jezusem Chrystusem;

• Szkoły ponadgimnazjalne: liceum i technikum - Świadek Chrystusa;

szkoła zawodowa - Z Chrystusem przez świat.

Rodzice często nie mają bladego pojęcia, jak wyglądają zajęcia z religii, nie wiedzą, jakie są tematy, co się tam uczniom przekazuje.



Episkopat uznał, że indoktrynacja religijna musi odbywać się jak najwcześniej, by zatruć dzieciństwo bezbronnemu i niewinnemu małemu człowieczkowi, który podatny jest na manipulacje, będąc ciekawym świata, ufnym i naiwnym. Hierarchowie pouczają, że religia nie może być tylko jednym z wielu przedmiotów, polecają więc uzupełniać wiedzę poprzez parafialne duszpasterstwo dzieci i młodzieży. Jak się okazuje, kler odpowiednio zagospodarował młodym ludziom wolny czas.Gimnazjalista np. powinien powinien:

•    dostrzegać potrzebę ewangelizacji;
•    kształtować swoją postawę dotyczącą problemów dojrzewania i pytań egzystencjalnych w oparciu o Słowo Boże;
•    dostrzegać ważną rolę naszej relacji z Bogiem wobec nowych wyzwań i doświadczeń;
•    zachowywać świadomą postawę wobec modlitwy i postu.


Dwa razy Polską rządziła lewica, czy jak się ci politycy określali. Nie zrobiono wtedy nic, by zakończyć religijną samowolę w szkołach, nie próbowano nawet zmienić sposobu nauki religii, nie powalczono, by poddać świeckiej kurateli szkolną katechezę. Nie zrobił tego ani Włodzimierz Cimoszewicz, ani Józef Oleksy, ani Leszek Miller. Widać nie mieli suflera, który by im podpowiedział.


Jeśli masz czas i ochotę, kliknij i wypromuj. Dzięki!:)

poniedziałek, 6 maja 2013

Symboliczne 80 milionów



Dobry ciocia, jaką wydawała się być Unia Europejska, szczodra dla Polski, żąda zwrotu prawie 80 mln. euro ze względu na niedociągnięcia w kontrolach wstępnych wniosków i zatwierdzaniu planów operacyjnych w przypadku środków dla gospodarstw niskotowarowych. Unia płaci, ale i wymaga: środki unijne przeznaczone są na określone cele. Istnieją procedury na pozyskanie funduszy unijnych, ale wydawanie środków regulują nierzadko restrykcyjne przepisy. 80 milionów euro najprawdopodobniej powróci do unijnego budżetu, z prostego, banalnego powodu: nieprzestrzegania przepisów przez państwo polskie i braku odpowiedniej kontroli wydatków na rolnictwo.  No cóż, skoro największym beneficjentem unijnych funduszy jest w Polsce Kościół katolicki, to kto ośmieli się kontrolować, czy pozyskane środki przeznacza on zgodnie z przepisami? Na pewno nie premier, który przed klerem nie klęka!

Spokojnie mogą spać i rolnicy w sutannach ,UE nie żąda zwrotu dotacji przez nich pozyskanych. Pieniądze musi oddać budżet państwa. Czyli my wszyscy. Agencje płatnicze, odpowiadające za zarządzanie płatnościami w ramach polityki rolnej, nawaliły. W agencjach tych pracują ludzie z nadania politycznego, ktoś nimi kieruje, ktoś sprawuje nad nimi nadzór, ktoś ponosi winę za organizację.To nimi w pierwszej kolejności musi zająć się rząd, premier, minister rolnictwa, by uniknąć w przyszłości podobnych wpadek. Tymczasem co się dzieje? Donald Tusk zamierza powalczyć o pieniądze, jest skłonny zgodzić się na karę, ale mniejszą. Premier zrzuca odpowiedzialność na poprzedników, nie przyjmuje do wiadomości, że chodzi o nieprawidłowości dotyczących lat, kiedy stał na czele rządu, jakby starał się wmówić opinii publicznej, że chodzi o lata 2004-2006. Janusz Wojciechowski, eurodeputowany PiS, twierdzi, że nieprawidłowości dotyczą lat 2007- 2010, zatem wina leży po stronie Donalda Tuska. To samo potwierdza eurodeputowany SLD, Wojciech Olejniczak, za rządów SLD minister rolnictwa. Urzędnicy z agencji krzyczą, że ich wina nie dotyczy, bo realizowali tylko przepisy wydane za rządów SLD, oraz PiS. A przepisy, wydane przez rząd Donalda Tuska, czyżby nie było takich?  Premier Rady Ministrów obarcza winą poprzedników, sam przez 6 lat nie kiwnął palcem w bucie, by wykluczyć nieprawidłowości i uniknąć przykrych, finansowych niespodzianek, uderzających w Polskę?

80 mln. euro. Dużo to, czy mało? W tym roku KE  odebrała nam już  34,4 mln euro za błędy przy przyznawaniu rent rolniczych. Ile Polska musiałaby zwrócić, gdyby polscy rolnicy od początku przynależności do UE otrzymywaliby 100% dotacji? Minister rolnictwa zamierza odwołać się do sądu Unii Europejskiej, ale wątpliwe, by coś ugrał: bardzo rzadko udało się wygrać przed takim sądem. Szybciej spadnie jego głowa, po czyjaś spać musi. Jeśli zamiarem polskiego rządu jest zrzucenie odpowiedzialności na poprzedników, lub też na unijne przepisy, to dojdzie do wielkiej kompromitacji premiera, ministra rolnictwa i polskich urzędników, sowicie wynagradzanych. Ile takich kar spotka jeszcze Polskę, ile przyjdzie nam zwrócić pieniędzy do unijnego budżetu? Kiedy konsekwencje poniosą politycy wszystkich szczebli, odpowiedzialni za niewłaściwe wykorzystanie pieniędzy unijnych, oraz urzędnicy, wynagradzani za złą pracę, z której więcej szkód, niż pożytku, kiedy dostaną dożywotni zakaz piastowania wysokich stanowisk w administracji państwowej? Słusznie twierdzi Marek Siwiec, że mamy do czynienia z amatorszczyzną! Dobrą minę do złej gry robi Jerzy Buzek, eurodeputowany PO, który bagatelizuje problem, mówiąc, że kara finansowa to nic takiego, że zdarza się to innym krajom. Co ma powiedzieć polityk, za którego rządów spieprzono cztery wielkie reformy, w tym emerytalną, które do dziś odbijają nam się czkawką? Rząd nie wykorzysta szansy, nawet przyparty do muru nie oznajmi hierarchom Kościoła katolickiego, że nie ma mowy o odpisie podatkowym, który "wynegocjowali" z ministrem Bonim. Polska potrzebuje pieniędzy, pora przestać je trwonić na bezproduktywny kler katolicki!

Polski PKB wzrośnie w przyszłym roku o 2,2 proc. - przewiduje Komisja Europejska w swoich wiosennych prognozach gospodarczych. Według KE deficyt polskiego sektora finansów publicznych wyniesie w 2013 r. 3,9 proc. PKB. KE szacuje, że inflacja w 2014 r. wyniesie 2,0 proc. KE spodziewa się w przyszłym roku w Polsce bezrobocia na poziomie 11,4 proc. Dług publiczny Polski w 2014 r. ma wynieść 58,9 proc. PKB.  Cięgi od polityków i blogerów zbiera Donald Tusk, który kłamie, że nie on odpowiada za karę nałożoną na Polskę. Milczy rzecznik rządu, Paweł Graś, tak podobno uczulony na mówienie nieprawdy. Polakom wciska się obraz kwitnącej gospodarki, wzrostu gospodarczego, dobrobytu, lecz kiedy przychodzi do konsumowania fruktów, starcza ich dla garstki, natomiast długami obarcza się całą resztę. Miała być zielona wyspa, a zostaliśmy na lodzie.


Z pewnych względów zawieszam, do odwołania, publikację moich notek na portalu http://www.liiil.pl/ (promujnotke).

piątek, 3 maja 2013

Kościół zawłaszczył rocznicę Konstytucji 3 maja

222 lat temu uchwalono majową Konstytucję, którą dziś, po latach, określa się na wskroś nowoczesną, której zazdrościć nam miały narody. Zagubiono gdzieś po drodze fakt, że już w dwa lata po uchwaleniu Konstytucji dokonano rozbioru Polski! Jak będą wyglądały obchody 666 rocznicy, nawet nie zamierzam gdybać, bo byłaby to zbyt duża strata czasu. Mam jednak nadzieję, że obejdzie się bez zbędnej obecności przedstawicieli katolickiego Kościoła. Tego samego, któremu silna, wolna i świecka Polska była i będzie największym wrogiem.

Dziś, na mszy poprzedzającej uroczystości państwowe, Kazimierz Nycz, katolicki kardynał, podzielił się odkrywczą opinią, że "Konstytucja 3 maja należy do tych aktów prawnych, ważnych i wielkich, które stanowią fundament i punkt odniesienia do wszystkich innych ustaw". Podejrzewam, że hierarcha miał na myśli dwa zapisy Konstytucji, które na wieki wieków powinny być wzorem dla pokoleń "prawdziwych Polaków". Pierwszy, mówiący o tym, z czyjej łaski (Boga i Trójcy świętej) pochodzi królewska, świecka władza. Drugi, stanowiący, iż religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami, a przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji.

By być do końca szczerym, dać prawdziwe świadectwo narodowi, Polakom, wiernym, innowiercom i ateistom, kardynał Nycz powinien przypomnieć odrobinę historii, której kart Kościół, mimo usilnych starań, nie zdążył zafałszować. W 1791 r., zaskoczony uchwaleniem dnia 3 maja Konstytucji, nuncjusz papieski, Saluzzo, natychmiast donosił do Rzymu, że ustawa majowa była zamachem stanu dokonanym przy udziale aprobującego tłumu, a więc miała pozór rewolucji. Zwracając się do papieża, nuncjusz zalecał wstrzymanie się od sformułowań, które mogłyby pochwalić lub aprobować Konstytucję 3-go maja. Nazywał też Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica i Scypiona Piattolego (osobisty sekretarz króla) "jakobinami i złymi duchami króla".

Kuria rzymska i polski kler obawiali się, że Polacy nie poprzestaną na Konstytucji, lecz pójdą dalej - wzorem rewolucji francuskiej - pozbawią wszelkich funkcji państwowych, zlikwidują przywileje kleru, położą rękę na jego majątku, a księży przeniosą na państwowe pensje. Co już częściowo miało miejsce po uchwaleniu w roku 1789 przez Sejm Wielki ustawy przeznaczającej dochody z diecezji krakowskiej na wojsko polskie. Zaborcy zaś gwarantowali Kościołowi nienaruszalność praw i dóbr. 

Dziś, na rocznicowe uroczystości konstytucyjne zaprasza się przedstawicieli katolickiego Kościoła, cóż za chichot historii!

Jeśli masz ochotę i czas, kliknij i wypromuj. Dzięki!

czwartek, 2 maja 2013

Św. Tomasz z Terlik bredzi!

Rolą mediów jest prezentowanie zróżnicowanych poglądów, przedstawianie wielu punktów widzenia, spojrzenia na świat i otaczającą nas rzeczywistość, pokazanie widzom i słuchaczom, że istnieją alternatywy. Za komuny wciskano, ze jest jedna partia, jeden wódz, jeden program, oczywiste wydawałoby się więc, że minęły te czasy raz na zawsze, że nie grozi już powrót to zniekształconej, medialnej rzeczywistości. Wydawałoby się, bo nie brak w Polsce jegomości, którym marzy się rola cenzorów. Może nie politycznych, lecz moralnych, na kształt inkwizytorów.

TOK FM zaprosiło do swej audycji doktora Janusza Rudzińskiego, rodaka, który przeprowadza aborcje poza granicami kraju. Legalnie, zgodnie z prawem, w komfortowych dla pacjentki i lekarza warunkach. Media zapraszają do swoich audycji kler, katooszołomów, zatem jest w studio miejsce i dla zwykłych, normalnych ludzi. Tyle że żyją w Polsce nienormalni, ziejący nienawiścią do inaczej, samodzielnie myślących, którzy mają własne, a nie narzucone przez Kościół zdanie. Katooszołomscy talibowie. Zawył jeden z nich, słysząc głos dr. Rudzińskiego w radiowym studio i ryczy do tej pory! Autorytety moralne TOK FM coraz bardziej schodzą na psy- ujada. Św. Tomasz z Terlik, bo o nim mowa, specjalizuje się w wypowiadaniu największych bzdur, idiotyzmów, stosując przy tym manipulację, bazując na niewiedzy swoich czytelników, oraz swojej własnej. Gdyby wszystko to, na swoim poświęconym portalu, robił za własne pieniądze- proszę bardzo, niech bredzi, łże, wprowadza w błąd. Dlaczego na takiego katooszołoma idą dotacje z budżetu, z puli ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego? Kiedy poruszane są wątki bezdzietnych oraz mniejszości seksualnych, tacy jak św. Tomasz krzyczą, że ani myślą płacić na przyszłe emerytury gejów, lesbijek, bądź heteroseksualnych, którzy z różnych powodów dzieci nie mają. Kiedy wszyscy ci, pośrednio ze swoich podatków, muszą płacić na „dzieło” poświęcone św. Tomasz, to jest w porządku?

Św. Tomasz wszystkich chciałby pozamykać w więzieniach: dr. Rudzińskiego, zwolenników aborcji, antykoncepcji, ateistów, antyklerykałów, by nikt i nic nie mógł zatruwać zdrowej, katolickiej tkanki narodu. W jego wypowiedziach idiotyzm goni idiotyzm, wielka bzdura przerasta poprzednią. Nie potrafi zrozumieć, że płatny zabójca autorytetem TOK FM nie będzie, bo jego, św. Tomasza, ograniczony umysł nie przyjmuje do wiadomości, że autorytety potrzebne są dla takich, jak on, katolickich talibów. Zapomniał o pielgrzyzmce polskich parlamentarzystów do katolickiego zbrodniarza, Pinocheta? Jeśli się stawia znak równości między lekarzem, dokonującym legalnych zabiegów usunięcia ciąży,a między mordercą, to świadczy to jedynie o poziomie choroby, która toczy umysł św. Tomasza. Choroby nienawiści. Może egzorcyzmy by pomogły jegomościowi? Polacy pałają oburzeniem, kiedy dociera do nich news, że matka przechowywała w lodówce ciała zamordowanych dzieci, ale nie reagują, histeryzuje św. Tomasz, kiedy w lodówkach przechowuje się tysiące ciał dzieci w jednym miejscu. Oczywiście mowa o zarodkach przy In vitro. Porównywać In vitro do morderstwa może niedojrzały, ograniczono umysłowo chłopczyk, który nie uważał na lekcjach biologii. Dla katolickich talibów nie jest ważne biologia, osiągnięcia techniki, najważniejsza jest katecheza i to, co powie biskup bądź facet w bieli, z placu św. Piotra!

Skoro katolicki Bóg, w istnienie którego szczerze wątpię, pozwala na zabieg in vitro, przeprowadzany przez człowieka, zsyła katolicką duszę do zarodka, to znaczy, panie św. Tomaszu, że w pełni akceptuje pozaustrojową metodę zapłodnienia! A to oznacza koniec dyskusji, pretensje kierować proszę do swego Boga! Nurtuje mnie też pytanie: tchórz nie pozwala św. Tomaszowi złożyć doniesienia do prokuratury, o możliwości popełnieniu przestępstwa przez lekarzy, dokonujących zabiegów in vitro? Nie powiadomił organów ścigania? Krowa, która dużo ryczy… Można przestać wierzyć, ale nie można przestać wiedzieć! Wiara przegrywa z wiedzą, nic tego procesu nie powstrzyma i nie wyhamuje, syzyfowe są prace takich katooszołomów, jak św. Tomasz z Terlik.

Jeśli masz ochotę i czas, kliknij i wypromuj. Dzięki!